Księga gości
Wpisz się
Zobacz



Nowa wersja

Spotkania
Cicha Hala. Teo.
Cicha Hala. Nessa.
Cicha Hala. Kacper.
Anglia. Dziwna szkoła.
Anglia. Charles.
Anglia. Powrót.
Przemiana
Dwie siostry
Głębszy Oddech
Nauka
Ruch

Stara wersja
Początek.
W Nowym Jorku.
Odmieniec.
W górach.
Niesprawiedliwość.
Lily.
Londyn, 10.10.1986r.
Hammersmith bridge.
Pierwsze spotkanie.
W Gryffindorze.
Londyn, 22.11.1986r.
I nastał dzień siódmy...
Konpiracja na całego.
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
Pierwszy śnieg - cz.I.
Pierwszy śnieg - cz.II.
Pierwsza porażka
Pojedziemy czy nie pojedziemy?
Urodzinki
Wiosna, małe psoty i coś jeszcze.
Smak zdrady.
Po powrocie
We mgle
Wielki dzień pani Barbary Drew
Spotkania




Linki

In my opinion
Czekam na ocenę...
Piekielni
Spojrzenie na Liannę z nieco innej perspektywy - polecam!
Kaczogród
Kolejne moje opowiadanie.
Aker
Zielono mi...
Iras
Dawno temu w Śródziemiu...
Znikające gwiazdy
Płonie we mnie dusza smoka...
Poczochrane oceny
Oceny. Polecam!
Piórem i pazurem
Opowiadania Zebrane niejakiej Traquair
Aylo-do-Trefnet
Tajemniczy Las...
Sanyi i Severus
Nieszczęście, które miało być szczęściem...
Lavander
Dlaczego nie można kochać dwóch?...
Sny Lilith
O czym myślisz, gdy słońce chowa się za szczytami gór...?
Kacper
Skrzydlaty Ślepiec...




• godz: 01:24 data: 2011.02.21

...

Wszędzie to samo... Zabijcie mnie...

Komentuj(0)


~Cisza...~





• godz: 01:20 data: 2011.02.21

...

Wiem, to żałosne.

Komentuj(0)


~Cisza...~





• godz: 10:57 data: 2010.08.18

Zagadka - etap 2

Witaj na Cichej Hali! Nazywam się Ula i jestem tu Opiekunką. Potrzebujesz zapewne klucza do drzwi - posiadam go, jednak otrzymać może go tylko osoba o bystrym umyśle. Wojtek pokaże ci drogę do miejsca, gdzie znajduje się rebus:http://niezapominajka-lily.eblog.pl/comment.php?id_notki=1298923 Nie zapomnij zapisać rozwiązania na kartce - ważna jest wielkość liter!

Komentuj(3)


~Cisza...~





• godz: 12:39 data: 2010.02.27

Ruch.

- Lianno! - donośny krzyk Wojtka rozniósł się po Cichej Hali i bez mała wstrząsnął podstawą gór, płosząc ptaki w promieniu dziesięciu kilometrów.
- Tutaj jestem! O co chodzi? - spytała wesoło Lianna, wstając z grządki pod oknem, gdzie zajęta była bezowocną walką z perzem.
- O. Myślałem, że cię gdzieś dalej poniosło. Ula cię szuka - burknął Wojtek, wychylając się właśnie z tego okna, pod którym pracowała.
- Dzień dobry - przywitał się pomagający jej Teo. Nie znosił, kiedy ktoś go ignorował.
- Chodź ze mną - zaproponowała mu Lianna i już po chwili stali w zalanej słońcem kuchni. Ciocia siedziała na swoim ulubionym miejscu pod oknem, trzymając w dłoni kawałek pergaminu, podczas gdy wielka, pełna godności sowa z wysokości żyrandola mierzyła wszystkich podejrzliwym spojrzeniem. Lianna poczuła dreszczyk emocji - taka wiadomość mogła pochodzić wyłącznie z jednego miejsca na świecie.
- Dobrze, że i ty tu jesteś, Teo, przydasz się - stwierdziła Ula, sprawiając, że chłopak momentalnie urósł. - Pisał do mnie profesor Dumbledore, prosił, żebym zabrała na Cichą Halę rodzinę, która pilnie musi się ukryć. Chciałabym, żebyście to wy się z nimi spotkali, dobrze?
- Oczywiście! - ucieszyła się Lianna.
Teodor zrobił krok do przodu i ukłonił się lekko.
- Obiecuję, że w mojej obecności Liannie nie spadnie nawet włos z głowy - oświadczył uroczyście. - I nie wstydzę się tak mówić, kiedy wiem, że to prawda - dodał, rzucając mordercze spojrzenie Wojtkowi, który prychnął lekceważąco, słysząc dumne słowa.
- Idź się lepiej dowiedz, czy w ogóle będziesz mógł jechać - poradził mężczyzna.
- Ależ oczywiście, że będę mógł! - stwierdził Teo i aportował się z trzaskiem.
- Zniknął wreszcie. Naprawdę uważasz, że powinien brać w tym udział? - skrzywił się Wojtek.
- Będę spokojniejsza, kiedy będą we dwójkę - uśmiechnęła się Ula. - A teraz czas, żeby Lianna otrzymała swoje słowo.
- Słowo? - powtórzyła zaintrygowana Lianna.
- Kiedy je wypowiesz, Einar będzie mógł sprowadzić cię do doliny niezależnie od tego, jak daleko będziesz. Będziesz też mogła wziąć ze sobą kogoś, trzymając go albo będąc przez niego trzymaną.
- Tak jak ciocia, kiedy pierwszy raz trafiła do Hogwartu? - zachichotała Lianna, przypomniawszy sobie opowieść dyrektora.
- Dokładnie.

Kiedy szli we trójkę przez pałace Elfów, Lianna kątem oka zauważyła mężczyznę, którego spotkała kiedyś w podziemnej grocie. Uśmiechnęła się i pomachała mu ręką, a on odpowiedział skinieniem głowy. Wyglądał na bardzo smutnego i zmęczonego, a jego jasna skóra miała szarawy odcień - ale mogło jej się tak tylko wydawać. "Nie ma łatwego życia, pomyślała. Ciekawe, czemu tu jest. Chyba ostatni raz był na powierzchni przed czterema laty, gdy włamaliśmy się do ich ogrodu..."
Chwilę czekali na przybycie Einara, po czym Elf polecił Liannie wybrać jakieś słowo z języka Nieśmiertelnych - takie, by zawsze mogła je sobie przypomnieć. Prawie bez wahania wybrała pierwszy zapamiętany wyraz: Eltestene, czyli "drabina". Słyszała od pani Mačonek wiele opowieści, ale żadna nie została w jej umyśle tak wyraźnie, jak legenda o startujących z paproci duszkach, opowiedziana w słoneczny ranek, gdy mgły zasnuwały jeszcze górskie doliny.
Nakładanie czaru polegało na tym, że Einar wyszeptał jakieś słowa, Liannie nagle popsuł się wzrok, wszystko stało się zamazane... I trwało to dosyć długo. Kiedy ostrość widzenia wróciła, Lianna czuła przeszywający ból głowy.
- Nie do wiary, że tak niezwykłe kobiety jak wy są tak bardzo odporne na magię - stwierdził Einar. -Chciałbym to kiedyś zbadać. To nie jest zwykły brak mocy, to jest jakaś zdumiewająca amagiczność, dziedziczona w waszej rodzinie od pokoleń!
- Dziękujemy za ten rzadki komplement, Einarze - zachichotała ciocia Ula. - Może kiedyś zgodzę się na propozycję badań.
- Były czasy, kiedy dostawałem dreszczy słysząc, z jaką łatwością śmiertelnicy odkładają rzeczy na "kiedyś" - odpowiedział cierpko Elf. - Strasznie mnie bolało, że tylu rzeczy nie udaje się wam zrobić. Ale w końcu zrozumiałem, że w waszym języku "kiedyś" oznacza grzeczną odmowę.

Było ciepłe, czerwcowe popołudnie, kiedy Ula odprowadziła Liannę i Teo do pałaców Elfów.
- Tylko pamiętajcie, pojutrze wieczorem najpóźniej widzę was z powrotem. W Anglii jest teraz bardzo niebezpiecznie, a wy z racji waszego zadania będziecie wystarczająco narażeni. W razie gdyby Bariera kogoś nie przepuściła, będziemy przy nim w ciągu godziny. Powiedzcie im to i powiedzcie, żeby broń Boże nie robili nic na własną rękę. Uważajcie na siebie.
Lianna nie powiedziała cioci, że słyszy to samo po raz chyba dziesiąty. Zamiast tego oboje zawołali "Tak jest!", po czym Einar wykonał jakiś gest... i zniknęli.
- Chyba się trochę denerwuję - mruknęła Ula.
- Spokojnie. Lianna jest odpowiednią osobą - stwierdził Elf. - Dadzą sobie radę.

Pojawili się w wielkim centrum handlowym, pod ruchomymi schodami, na krzyż przecinającymi gigantyczną halę. Nikt nie zwrócił na nich uwagi, setki, a może nawet tysiące ludzi przewijało się dokoła, gadając, kłócąc się i śmiejąc. Z głośników dobiegała hałaśliwa muzyka, w nosie kręciło od dziwnych zapachów i przez chwilę dwoje przybyszów z innego świata stało, oszołomione. Pierwszy oczywiście ocknął się Teo.
- Tandeta - ocenił, wykrzywiając pogardliwie pulchne wargi. - Co to za szajs tu grają? Mam nadzieję, że facet nie zapomni po nas przyjść. Fiu!... Chyba właśnie się pojawił - gwizdnął nagle. - My mamy z NIM iść?
- Nie bądź taki - mruknęła Lianna. Twarz zbliżającego się człowieka budziła sympatię - natomiast jego ubiór sensację. Wysoki, umięśniony mężczyzna w sięgających kolan, śnieżnobiałych pantalonach i narzuconej na nagie ramiona wełnianej chuście na pewno zwracał uwagę znacznie bardziej niż dyskretne zmaterializowanie się młodzieży pod schodami. Teo pomachał swoją różdżką, na co dziwny osobnik rozjaśnił się i skierował w ich stronę.
- Schowaj to, pełno tu mugoli - syknął następnie po angielsku.
- Kogo? - spytali, zdezorientowani, po czym Lianna przypomniała sobie, gdzie już słyszała ten wyraz.
- Takich jak ja, nieczarujących - wyjaśniła Teodorowi.
- No to co? - zdziwił się chłopak.
- Czary. Są. Tajne!!! - prawie wrzasnął mężczyzna, a jakieś dwie nastolatki w najprawdziwszych jeansach obrzuciły go drwiącymi spojrzeniami i zachichotały. - Nie wiecie o tym? Kto was tu wysłał?! - kontynuował nieco ciszej.
- Przecież nie czaruję! Jak ktoś zwraca...
- Teo, odpuść - mruknęła szybko Lianna widząc, że przyjaciel nabiera rozpędu. - Przepraszamy, proszę pana, oczywiście wiemy, że czary są tajne. Co mamy zrobić?
- Właśnie, właśnie. Popatrzcie - polecił, wyjmując wciśniętą za gumkę pantalonów fotografię, na której cztero- czy pięcioletnia jasnowłosa dziewczynka uganiała się za unoszonymi przez wiatr, czarno białymi liśćmi. Oczy Teo rozbłysły na widok ruchomego zdjęcia, ale w żaden inny sposób nie okazał podziwu.
- Ta dziewczynka bawi się codziennie na placu zabaw niedaleko domu. Pójdziecie tam, zagadniecie ją tak, żeby to wyglądało na przypadek i odprowadzicie ją do domu - wyjaśnił czarodziej. - Jej rodzice wiedzą, że ktoś od nas ma przyjść. Oczywiście nie wolno wam używać czarów, podejrzewamy, że dziecko jest obserwowane. Jesteście tylko przypadkowymi mugolami! To bardzo ważne.
- Jak już będziecie w środku - kontynuował - zacznie się najniebezpieczniejsze. Oczywiście moglibyście po prostu wszyscy zniknąć, ale dom jest pilnowany i tamci na pewno odwołaliby akcję, a nam chodzi o to, żeby przynajmniej kilku się pozbyć na dłużej. Więc musicie poczekać, aż zaklęcia ochronne zaczną pękać. Wtedy natychmiast znikacie, a my wkraczamy do akcji.
- Jacy... - spróbował zadać pytanie Teo, ale mężczyzna mu przerwał.
- Pamiętajcie, w razie gdyby coś nie wyszło, ewakuujecie się sami. Żadnego ryzykanctwa, proszę, bo jeśli coś wam się stanie, Dumbledore nam nie daruje. Zresztą on będzie miał na was oko, więc nie musicie się o nic martwić.
- Dyrektor?! - ucieszyła się Lianna.
- Nikt nie musi nas pilnować - obraził się Teo.
Czarodziej zostawił im zdjęcie, mówiąc, że to znak rozpoznawczy.
- Tylko nie zapomnijcie, że macie udawać mugoli! - przypomniał na zakończenie. Żadnej różdżki! Nie zwracacie na siebie uwagi! - Po czym odszedł, poprawiając wełnianą suknię na umięśnionych ramionach.
- "Tamci"? Którzy "tamci"? Nienawidzę, kiedy ktoś traktuje mnie jak pionek - zirytował się Teo.
- Wszystko przez to, że wiadomość przyszła tak nagle i ciocia nie miała kiedy nam wszystkiego wyjaśnić. Wytrzymaj jeszcze kilka godzin, jak wrócimy, na pewno wszystkiego się dowiemy.
- A widziałaś, w co ten gość był ubrany? On jest nienormalny, czy co?
- Daj już mu spokój - zachichotała Lianna - Lily pisała kiedyś, że wielu czarodziejów czystej krwi uważa za punkt honoru zaznaczanie, że ubrania mugoli są dla nich równie egzotyczne, jak spódniczka z trawy. Nie mogą wywyższać się używając magii, bo to wbrew prawu, więc noszą ostentacyjnie dziwaczne ubrania.
- Do wywyższenia przez autoośmieszenie - prychnął Teo. - Oni są naprawdę nienormalni!

Zbliżenie się do dziewczynki w taki sposób, żeby wyglądało to na przypadek, przysporzyło im nieco trudności, ponieważ mała właśnie była księżniczką, uwięzioną w wieży przez smoka. Gdyby byli w odpowiednim wieku, po prostu by się przyłączyli do dzieciaków, zresztą Lianna nawet teraz chętnie by przejęła rolę smoka (Teo by sobie na coś takiego nie pozwolił), ale nie chodziło o zawarcie przyjaźni, tylko o oszukanie przypuszczalnych obserwatorów. Ostatecznie pomógł im przypadek: kiedy po raz trzeci okrążali placyk, księżniczka fiknęła kozła i wylądowała u stóp swojej wieży, po czym wstała jakby nigdy nic, a następnie zobaczyła, że ma rozbite kolano i wybuchnęła wielkim płaczem. Teo i Lianna natychmiast znaleźli się przy niej, nie tylko dlatego, że była to wymarzona okazja, ale i z tego powodu, że upadek zrobił na nich wrażenie. Teo nawet chciał różdżką naprawić skaleczenie, ale w porę sobie przypomniał, że on też miał być mugolem. Wobec tego bezceremonialnie ściągnął Liannie jedną z czerwonych wstążek i zaczął nią machać przed oczyma dziewczynki, aż się zaciekawiła.
- Jestem smokiem, wiesz? - oświadczył, kiedy na niego popatrzyła. - A teraz założę ci magiczny opatrunek i zaraz będziesz zdrowa! - Po czym owinął rankę wstążką. Teraz już poszło łatwo, bo dziewczynka stwierdziła, że chce iść do taty, a odprowadzenie jej po upadku było raczej zrozumiałe.
- Dom, do którego powiodła ich dziewczynka, na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniał z długiego szeregu zabytkowych, czerwonych kamienic, ale obyty z magią Teo twierdził, że otaczają go zaklęcia i gdyby nie towarzysząca im dziewczynka, mieliby problemy z wejściem.
- Oczywiście jakoś bym sobie poradził, ale przecież nie o to chodzi - dodał.
Przeszli przez wąski ogródek, by po trzech stopniach dostać się na symboliczny ganek. Dziewczynka zapukała - po chwili otworzył im łysawy mężczyzna o podłużnej twarzy i szerokich wargach, które, podobnie jak pokaźny brzuszek, wskazywały na zamiłowanie do jedzenia. Małe, okrągłe oczy prześlizgnęły się po twarzach gości, by spocząć na córce.
- Kogóż to sprowadziłaś, Mary Sue? - spytał, podnosząc dziewczynkę i drapiąc jej policzek swoim kilkudniowym zarostem.
- Smoki, tatusiu - odpowiedziała mała, a Teo wyciągnął przed siebie zdjęcie. Mężczyzna rzucił na nie przelotnie okiem.
- To tak, serduszko zaprosiło do mojego domu dwa smoki? - zaśmiał się głośno. - Skoro tak, musicie wejść chociaż na chwilę, napić się herbaty. Przepraszam za nią, miewa zwariowane pomysły! - zawołał, po czym postawił Mary Sue na ziemi i starannie zamknął drzwi. Kiedy się odwrócił, z jego twarzy zniknął jowialny uśmiech.
- To wy, tak? - stwierdził - Co za ulga, obawiałem się, że Dumbledore przyśle kogoś w wieku mojej córki. Nie zrozumcie mnie źle - dodał szybko. - Ufam mu całkowicie, ale po prostu miewa zwariowane pomysły...
Lianna i Teo, którzy spodziewali się raczej sugestii, że są zbyt młodzi, odetchnęli z ulgą.

To były najdziwaczniejsze trzy godziny w dotychczasowym życiu Lianny. Piła herbatę, rozmawiała z rodzicami Mary Sue i opowiadała zasłyszane na Cichej Hali historie trójce ich dzieci, cały czas mając nerwy napięte do granic wytrzymałości. Na szczęście był z nią Teo, jak zwykle tryskający pewnością siebie. Nawet jeśli gadał bzdury i tak wszyscy byli mu wdzięczni.
Na dworze było jeszcze jasno, przez okna napływał do pokojów sino różowy poblask, kiedy nagle usłyszeli suchy trzask i brzęk otwieranej kopniakiem furtki. Wszyscy zerwali się na równe nogi i przez sekundę trwali tak, jak sparaliżowani.
- Podajcie jej ręce, no już! - syknął w końcu Teo, popychając najbliższe dzieciaki. Przez jedną, przerażającą chwilę Lianna nie mogła przypomnieć sobie słowa.
- Eltestene! - krzyknęła w końcu i znów przez jakiś potwornie długi czas (jakieś trzy uderzenia serca, tak plus-minus) nic się nie działo. Na twarzach dorosłych pojawiło się przerażenie, kiedy z dziwnym, wysokim piskiem pękła ostatnia bariera wokół domu, rozległ się huk i Lianna zobaczyła fragmenty frontowych drzwi, przelatujące przez korytarz. Dopiero wówczas powoli otoczyła ich perłoworóżowa mgła.

Komentuj(7)


~Cisza...~





• godz: 19:24 data: 2009.12.12

Nauka.

A jednak nie mogłam się powstrzymać i napiszę kilka słów. Jest to uzasadnione tym, że właśnie się nauczyłam czegoś nowego. Widzicie ten fioletowy przycisk po lewej? Jeżeli ktoś ma ochotę, może czytając słuchać muzyki, przy wtórze której ja pisałam. Miłej lektury!

Pierwsze kilka tygodni pobytu na Cichej Hali było dla Lianny pierwotnym chaosem. Zbyt dużo nowych rzeczy poznawała, zbyt wielu czynności się uczyła. Wieczorami, obolała po całym dniu pracy, przez długie godziny nie mogła zasnąć, przetwarzając w myślach wszystko, co usłyszała. Musiała wyrabiać w sobie nowe nawyki, jak ten, że w czasie rozmowy ręce nie powinny leżeć bezczynnie, tyle jest przecież do zrobienia. Musiała też zwalczać stare przyzwyczajenia, jak to, żeby przerywać pracę przy rozmowie. Ciocia była pod względem pracy fizycznej bardzo wymagająca i surowa, jakby chciała przekonać się, jak wiele bratanica może wytrzymać. Kiedy pewnego dnia Teo (który wciąż był nieco pulchny i bardzo zarozumiały) zobaczył pozdzierane pęcherze na rękach Lianny, oświadczył, że trzeba być czubkiem, żeby tak się dać wykorzystywać.
- Przecież wystarczyłoby, żebyś poprosiła kogoś znającego się na czarach o pomoc. Zwykli ludzie zawsze tak robią. Ona chyba zwariowała, że każe ci robić takie rzeczy!
Lianna, nie przerywając pielenia, pokręciła głową.
- Myślę, że ciocia wie, co robi.
- Nie będę się sprzeczał. - W głosie Teo dała się słyszeć lekka uraza. - Mogę ci pomóc.
- Tylko pod warunkiem, że będzie to praca twoich rąk, a nie różdżki – odezwała się ciocia Ula, która od dłuższego czasu przysłuchiwała się ich rozmowie, rozwieszając na sznurach między jabłoniami białą pościel, w świetle zachodzącego słońca wyglądającą na liliową.
- Dzień dobry! Nie widziałem pani – przywitał się Teo. - Czemu nie mogę tego zrobić za pomocą magii? To też wymaga trochę pracy, ale jest szybsze.
- I potem zawsze będziesz pomagał Liannie? Znając twoją pracowitość wolę, żeby sama umiała sobie poradzić.
- Nie rozumiem, co ma pani przeciw mojej pracowitości! Na pewno są wśród nas bardziej leniwi.
- I bardziej pracowici. Jeżeli chcesz pomóc – proszę bardzo, ale oddaj mi różdżkę.
- To szantaż! - oburzył się chłopak.
- Oczywiście! - Ula zaśmiała się, widząc jego wahanie. Wiedziała dobrze, że Teo próbuje właśnie obliczyć, czy korzyści z pomocy Liannie zrównoważą wysiłek. Nie zdążył jednak podjąć decyzji, bo nadszedł Wojtek, dwudziestoletni, wyrośnięty mężczyzna o niedźwiedziej posturze i potarganych, płowych włosach.
- Ty tu - stwierdził na widok Tea - Zmykaj do domu, mama cię potrzebuje.
- Nie tym tonem poproszę, nie jestem dzieckiem... - zaczął chłopak. Wojtek spojrzał na niego groźnie.
- Ty jeszcze tu? - zrobił krok w jego stronę.
- Spokojnie, proszę się tak nie denerwować, chciałem tylko zwrócić uwagę, że nie zachowuje się pan zbyt kulturalnie. Ktoś chce cię wykończyć, Lianno! - Teo ukłonił się wyszukanie i deportował, zanim Wojtek zdążył zareagować.
- Ten dzieciak doprowadza mnie do szału - stwierdził podopieczny Uli - Któregoś dnia skręcę mu kark.
- Daj spokój - uśmiechnęła się Opiekunka i ruszyła w stronę domu - Lepiej chodźcie na kolację.
Wojtek zatrzymał Liannę na chwilę.
- Nie myśl, że Ula się nad tobą znęca, czy coś w tym rodzaju - powiedział, patrząc przed siebie. - Ona tylko boi się, że będziesz rozczarowana i odejdziesz. Tak naprawdę pragnie ze wszystkich sił, żebyś z nami została i próbuje skrócić okres potrzebny ci do sprawdzenia, czy dasz sobie radę.
Lianna z zaskoczeniem zdała sobie sprawę z tego, że po raz pierwszy Wojtek nie traktuje jej niczym tymczasowego gościa. Zauważyła też coś innego.
- Przecież wiem, dlaczego tak jest. Lubię Teo, ale to nie znaczy, że będę się przejmować jego gadaniem. - Przez chwilę milczała, po czym dodała:
- Ciocia Ula jest dla ciebie bardzo ważna, prawda? Chyba świetnie się rozumiecie.
Wojtek obrzucił ją nieprzeniknionym spojrzeniem.
- Ty też nie jesteś już takim małym brzdącem jak wtedy, gdy byłaś tu ostatnim razem.

Kiedy indziej Lianna uczyła się obsługiwać kosę, a rozmawiały o zasadach, panujących na Cichej Hali.
- Widzisz - mówiła ciocia - Jednym z najważniejszych dóbr naturalnych jest drewno, potrzebne praktycznie do wszystkiego. Bardzo pilnujemy równowagi między sadzonymi i wycinanymi drzewami, bo jest to podstawowe źródło ciepła i budulec. Poza tym trzeba bardzo uważać na granicę. Po stronie Elfów rośliny potrafią się bronić, chodzą legendy, że można tam spotkać Pasterzy Drzew, a i sami Elfowie bardzo ostro reagują, kiedy ktoś złamie zasadę. W skrajnych przypadkach potrafią nawet zabić.
- Zabić?
- Pamiętaj, że drzewa żyją znacznie dłużej niż ludzie, a dla Elfów nie są nieme. Oni nie dzielą świata na "ludzi", "rośliny" i "zwierzęta", dla nich to wszystko jest takim samym życiem. Życiem, które stosunkowo szybko dobiega końca, w przeciwieństwie do ich własnego. Dla nich zabicie łamiącego zasadę człowieka nie różni się niczym od zabicia szkodliwego owada, roznoszącego groźną dla życia chorobę. To wszystko.
- Ale to!...
- Tak, dla nas to trudne do zrozumienia. Dlatego właśnie jest granica, dlatego pomagamy sobie wzajemnie, ale pilnujemy, żeby nie naruszać zasad. Raczej nie łączymy się między sobą w pary i staramy się nie wtrącać w cudze spory. My żyjemy zbyt krótko, żeby ich zrozumieć, a oni zbyt długo, żeby się do nas przywiązywać.
- Wiesz - Ula wyprostowała się i zapatrzyła w ciemniejący na krańcu łąki brzeg elfickiego lasu - tak naprawdę, to oni są bardzo nieszczęśliwi z tą swoją niby nieśmiertelnością. Nigdy tego nie widziałam, ale podobno czasem, w księżycowe noce października, otwiera się dla nich droga, którą mogą odejść z tego świata ci, którzy stracili wszystko, co łączyło ich z życiem. Nie móc umrzeć w poczuciu szczęścia... Hej, hej, hej, trzymaj to prosto, bo zaraz wbijesz w ziemię! No, mówiłam...
Roześmiały się, bo ostrze kosy utknęło w wilgotnej glebie i Lianna musiała się nieźle namęczyć, żeby je wyszarpnąć. Potem rozmawiały już o zwykłych, bardziej przyziemnych rzeczach.

Pierwszy raz wróciły do tej rozmowy kilka dni później, kiedy Lianna zwróciła uwagę na staruszka, któremu kilkakrotnie zdarzyło się zbierać drewno po drugiej stronie granicy.
- Ach, to dziadek Mattias - wyjaśniła Ula. - Nie martw się, Elfowie nic mu nie zrobią. Nigdy nie rani drzew, podnosi tylko to, co i tak spadło, a skleroza starcza jest jedną z niewielu chorób, wobec których wciąż jeszcze są bezradni, chociaż pracują nad tym.
- Nigdy nie słyszałam takiego imienia jak Mattias. Skąd to? - zaciekawiła się Lianna.
- Skandynawskie, bo Mattias jest Norwegiem. W czasie pierwszej wojny światowej znalazł w górach umierającego żołnierza, który prosił go o zaniesienie wiadomości rodzinie. Musiał być półprzytomny, w przeciwnym razie dałby Mattiasowi adres do kogoś w rodzinnych Czechach, a nie tu, do doliny. W każdym razie Mattias był młody, dopiero co stracił oboje rodziców i postanowił osobiście spełnić prośbę umierającego. Jak się domyślasz, nie tylko trafił na Cichą Halę, ale i postanowił tu zostać.
- Z Norwegii! Dla niego to musiała być wyprawa na drugi koniec świata. To w ogóle cud, że trafił! - stwierdziła Lianna.
Ula uśmiechnęła się lekko, widząc znajomy błysk w oczach bratanicy, zwiastujący wieczór spędzony nad zeszytem, z chińskim ołówkiem w ręku.
- Znajdziesz tu wiele ciekawych historii. Na przykład pani Ersbach wraz z mężem, Niemcem, działała w greckiej partii komunistycznej i musieli uciekać przed prześladowaniami. Do komunizmu w polskiej wersji zniechęcili się na tyle, że podjęli działalność w opozycji, aż w pewnym momencie groziło im aresztowanie. Jarek, czyli twój tato, pomógł im. Okazało się, że mogą przekroczyć Barierę i tutaj znaleźli spokojną przystań.
Zresztą, każdy ma tu jakąś ciekawą historię, bo coś musiało sprawić, że zdecydował się zostać. Wiesz, nikogo nie trzymamy tu na siłę, staramy się też, żeby dzieci poznawały świat na zewnątrz. Niektóre tam zostają, jak twój tato - i całe szczęście. Tym, czego boimy się najbardziej, jest przeludnienie. Z drugiej strony sami mamy wszystko, więc czujemy się zobowiązani do pomagania tym, których dotyka nieszczęście. To dlatego taka niewiele znacząca społeczność miesza się w większość awantur na tym świecie, starając się pomóc chociaż tym nielicznym, którym zdołamy...
Przez chwilę w milczeniu prały bieliznę - Lianna oduczyła się już energicznego tarcia, od którego skóra na kciukach sprawiała wrażenie dziwnie obluzowanej i piekła niemiłosiernie, a brud wcale nie schodził szybciej.
- Nie masz się dokąd spieszyć, ważne jest wykonanie zadania, a nie tempo. Z twoją wyobraźnią nie powinnaś mieć problemów, by uznać pranie za przyjemną czynność - zwykła mawiać ciocia Ula.
- Chyba wpadłaś Teodorowi w oko - zauważyła wesoło Opiekunka. Lianna zarumieniła się lekko.
- Iii tam...! Po prostu się przyjaźnimy.
- Mocna to musi być przyjaźń, skoro Teo przemógł nawet własne lenistwo!
Rzeczywiście, pewnego dnia chłopak, rzucając w stronę Uli wyzywające spojrzenie, zakasał rękawy i wziął się do roboty. Rozmawiało im się przy tym tak dobrze, że od tego czasu często można ich było razem zobaczyć.


Pewnego dnia Ula ogłosiła przy śniadaniu niezwykłą nowinę: Wszyscy troje zostali zaproszeni do Tokio, na ceremonię picia herbaty. Słysząc to, Wojtek skrzywił się niechętnie, ale nie wyraził sprzeciwu. Pospiesznie skończył śniadanie i oświadczył, że idzie się przygotować, a Ula i Lianna wkrótce poszły w jego ślady. Z przepastnej szafy w swoim pokoju Opiekunka wydobyła cztery komplety barwnych szat. Jeden, ciemnozielony z elementami w kolorze starego złota, odłożyła na bok, a z pozostałych trzech kazała wybierać Liannie.
- Rozmiarem się nie sugeruj, w razie potrzeby pani Ersbach je szybko przerobi - wyjaśniła.
- Czy to są...
- Tradycyjne, japońskie kimona, specjalnie na potrzeby tej ceremonii. Twoja babcia dostała je od osoby, która nas zaprosiła. Wybierz szybko i pomogę ci się ubrać, bo to bardzo skomplikowane zajęcie.
Podjęcie decyzji nie było łatwe, bo wszystkie trzy szaty były śliczne, a Lianna uwielbiała długie, tradycyjne suknie. Ostatecznie jednak wybrała komplet w odcieniach fioletu.
- To musiało być przeznaczenie! - zagwizdała z uznaniem ciocia. - Będzie na ciebie idealne.
Przebranie się zajęło im mnóstwo czasu, więc kiedy skończyły, Wojtek już na nie czekał, także ubrany w tradycyjny strój. Jego mina wyraźnie mówiła, że najchętniej zostałby w domu, ale bez słowa podał ramię Uli i razem ruszyli w stronę pałaców Elfów.

- Jesteś przepiękna - wyszeptał Kacper, podając ramię Liannie - Fioletowy świetnie do ciebie pasuje, a w dodatku to uczesanie... W koku wyglądasz bardzo poważnie.
- Dziękuję - uśmiechnęła się. - Ty też wyglądasz niesamowicie. Ten strój jest jak stworzony dla ciebie.
- Tak uważasz? Trochę dziwnie się w nim czuję.
- Mówię ci.


- Zrobiłaś coś sobie w rękę? - Głos Wojtka sprawił, że Lianna zarumieniła się gwałtownie, wyrwana z marzeń.
- N-nie! Tak tylko trzymam!- krzyknęła, speszona. Wojtek wzruszył ramionami, a ona wróciła do swojej rozmowy.

- Są strasznie fajni, prawda? Oboje. Ale czasem chciałabym, żeby na pewne rzeczy nie zwracali uwagi...
- Akurat. Wtedy dopiero byłoby ci przykro! - Kacper jak zawsze znał jej myśli.


- Widzę, że dzisiaj wszyscy troje wybieracie się z wizytą? - zauważył Einar. Jego niesamowicie błękitne oczy przesunęły się po ich strojach - Pozdrówcie Yuuko - powiedział, kiedy znikali w perłowo białej mgle.

Miejsce, w którym się znaleźli, było naprawdę dziwne - drewniany pawilon, z przypominającymi sosnowe szyszki kopułami, wydawał się rześko rozpychać między potężnymi wieżowcami, za nic mając ich szarą, nadętą wysokość. Wzdłuż ogrodzenia rosły niskie drzewa wiśni, a kręta ścieżka z płaskich kamieni prowadziła do malutkiej altanki. Ula skierowała się właśnie tam, a Wojtek i Lianna podążyli za nią, moknąc szybko w strumieniach deszczu. Dopiero po chwili Lianna zauważyła wysoką kobietę w pistacjowozielonym kimonie, zdobionym w delikatny wzór ze srebrnych linii, skręcających się i wijących niczym pędy groszku. Jej czarne włosy były upięte w kunsztowną fryzurę, a wplecione w nie dzwoneczki podzwaniały cichutko przy każdym ruchu lub powiewie wiatru. Oczy o niesamowitej, purpurowej barwie spoczęły na Liannie i dziewczyna poczuła się, jakby była prześwietlana. Ciężkie powieki i szerokie usta sprawiały, że twarz kobiety wyglądała groźnie i tajemniczo.
- Więc to ty? - stwierdziła. Przez ułamek sekundy Liannie wydawało się, że są tu tylko one dwie, stoją w otaczającej je ciemności.
- Ja? - spytała, nie rozumiejąc.
- Tak, to właśnie moja bratanica i obecnie podopieczna, Lianna. Miło znów cię widzieć, Yuuko - odpowiedziała ciocia Ula, kładąc dziewczynie dłoń na ramieniu - i nagle wszystko wróciło do normy, deszcz przemaczał ich na wylot, a Yuuko roześmiała się głośno, niczym mała dziewczynka.
- Przepraszam! Przebyliście taki kawał drogi, a teraz pozwalam, żebyście tu mokli!Co prawda zorganizowałam tę ceremonię właśnie z okazji pierwszego letniego deszczu, ale to nie powód, żebyście łapali katar. Wchodźcie, szybko! - zaprosiła, wskazując niskie, kwadratowe wejście do altanki.
Niewielkie pomieszczenie o białych ścianach było bardzo przytulne dzięki zawieszonemu u sufitu, pomarańczowemu lampionowi i palenisku, na którym stał mosiężny czajniczek. We wnęce nieopodal drzwi stał ciemnoszary wazon o klasycznej formie, a w nim bladofioletowe irysy, których płatki lśniły od kropli wody, otoczone półkolem ciemnych paproci. Nad kwiatami wisiała kartka grubego, eleganckiego papieru, na którym widniało kilka niezrozumiałych dla Lianny znaków i prosty rysunek. Tam właśnie skierowała się w pierwszej kolejności Ula.
- Niech młode liście z oczu posągu zdejmą kroplę, co świat zasłania - przeczytała na głos. - Wyjątkowo trafnie dobrałaś ten tekst, Yuuko. Jest w nim cała świeżość wiosennego deszczu, sprawiającego, że rośliny zdają się rosnąć w oczach.
- Ta, kwiatki też ładnie ułożone - mruknął Wojtek, a z jego tonu Lianna wywnioskowała, że należy pochwalić element kompozycji.
- Krople wody wyglądają zupełnie jak brylanty na tle tych ciemnych liści. Są śliczne! - powiedziała szczerze. Yuuko spojrzała na nią z uznaniem.
- Jesteś całkiem bystra - stwierdziła.
- Następnie zasiedli do skromnego, ale wyglądającego niczym dzieło sztuki posiłku, podczas którego Ula i Yuuko rozmawiały o ceremonii, a Lianna przysłuchiwała się ciekawie, czasem tylko zadając jakieś pytanie. Wojtek zajmował się wyłącznie konsumpcją, gwałcąc zasady dobrego wychowania.
Dopiero kiedy skończyli jeść, Yuuko wstała i zajęła się przyrządzaniem herbaty - powstał gęsty, aromatyczny napój, po łyku dla każdego, pity z jednej czarki, w niczym niepodobny do tego, co Lianna znała z domu. Była tak zaskoczona, że nie umiała zdecydować, czy tak przygotowana herbata jej smakuje, zwłaszcza, że było jej tak mało. Następnie Yuuko podała kolejną porcję i tym razem płyn był znacznie rzadszy, nie posiadał też równie intensywnego aromatu. Każdy dostał własną czarkę i tym razem dziewczynie udało się wyrobić sobie opinię - zielonkawa herbata była dobra, ale przegrywała z kubkiem zwykłej, doprawionej cukrem i cytryną.

Po ukończonej ceremonii Ula wstała, złożyła ukłon i podziękowała gospodyni, po czym wszyscy wyszli z altanki. Deszcz właśnie przestał padać, popołudniowe słońce zapalało miliony siedmiobarwnych iskier wśród liści i trawy, a od południa powiał ciepły wiatr. Nagle Yuuko znów się roześmiała i pobiegła wzdłuż szpaleru wiśni, strącając krople wody i postukując sandałkami na koturnach.
- Chodź ze mną, Lianno! - zawołała. Lianna odpowiedziała uśmiechem, po czym spróbowała dołączyć do kobiety, okazało się jednak, że niełatwo jest biegać w kimonie, znacznie łatwiej natomiast złapać zająca. Yuuko pomogła jej wstać i wtedy po raz drugi zdarzył się ten dziwny moment, jakby były tylko dwie wśród ciemności.
- To miejsce to sklep - powiedziała Yuuko, a jej twarz znów była poważna. - Kupisz tu każde życzenie, pod warunkiem, że cię na nie stać. Ludzie czasem myślą, że mogą kupić życzenie dla kogoś innego... Ale tak naprawdę zawsze spełniają swoją zachciankę. Ona o tym dobrze wie i ty też powinnaś to wiedzieć. Szkoda, że tak mało mogę zrobić...

- I jak ci się podobała Yuuko? - spytała ciocia Ula, kiedy już wrócili na Cichą Halę i szli w stronę domu. Lianna przez chwilę się zastanawiała.
- Jest... dziwna - stwierdziła wreszcie. - Czasem trochę podobna do cioci. Czasem zabawna i miła, jak mała dziewczynka. A czasem groźna. Ale chciałabym ją jeszcze kiedyś spotkać.
- Myślę, że jeszcze nie raz się spotkacie, skoro tego pragniesz - uśmiechnęła się Ula. - Chociaż to taka skomplikowana sprawa, z tymi życzeniami, że nigdy nie można być do końca pewnym...
- Właśnie, jak już wyszliśmy na dwór, to Yuuko powiedziała coś dziwnego.
- Tak? - spytała szybko Ula - Co takiego powiedziała?
- Powiedziała, że ludzie czasem chcą spełnić życzenia innych ludzi, ale tak naprawdę to zawsze jest ich zachcianka. I że ty, ciociu, dobrze o tym wiesz, a ja powinnam wiedzieć. Dlaczego?
- Tylko tyle? - upewniła się ciocia. - Nic poza tym?
- Jeszcze, że chciałaby móc zrobić więcej. I to wszystko.
- Widzisz, Yuuko nazywają też Wiedźmą Wymiarów. Jest bardzo potężna, tak potężna, że nawet Elfowie nie posiadają większej mocy niż ona. Nawet oni nie umieją zbyt wiele o niej powiedzieć, a i tym co wiedzą, dzielą się niechętnie. Natomiast Yuuko zna wiele dotyczących ich spraw i wiem, że czasem korzystają z jej pomocy.
- Żałuj, że Mokony się nie pokazały, byłoby weselej - dodał Wojtek. - Wyglądają prawie jak króliki, jedna jest czarna, druga biała, a każda gada za trzech i pije za pięciu. Wystarczyło, że biała spała gdzieś w pobliżu i już mogliśmy się dogadać. A ty chyba nawet nie zauważyłaś, że gadasz z Japonką...
- Ojej. Faktycznie o tym nie pomyślałam! - odkryła Lianna. - Muszę kiedyś zobaczyć Mokony, skoro nawet Wojtkowi się podobały!
- Niby co ma znaczyć to "nawet"? Że niby jestem marudą?!
- Naprawdę może spełnić każde marzenie? - spytała powątpiewająco Lianna.
- Tak, naprawdę urzeczywistnienie każdego życzenia jest dla niej możliwe, z wyjątkiem jednego: nie może przywrócić życia zmarłemu. Pamiętaj jednak, że musi za to zawsze pobrać odpowiednią zapłatę: ani więcej, ani mniej. W związku z tym pole jej działania jest ograniczone nie przez jej moc, ale przez możliwości innych... Czyli, że w sumie naprawdę nie może zrobić zbyt wiele.
- A dlaczego powinnam wiedzieć...
- Na wypadek, gdybyś chciała spełnić czyjeś życzenie! - zawołała Ula, wchodząc już na schody. Lianna po raz pierwszy odniosła wrażenie, że ciocia nie powiedziała jej wszystkiego. A potem zorientowała się, że przy schodzeniu z piętra pomagała jej bardziej obyta z wąskim strojem Ula i teraz Lianna w żaden sposób nie potrafi wejść sama...



Komentuj(9)


~Cisza...~





• godz: 18:01 data: 2009.11.11

Uprzejmie informuję.

Nie, ten blog nie jest porzucony.

Komentuj(4)


~Cisza...~





• godz: 16:59 data: 2009.02.26

Głębszy oddech.

Niewiele brakowało, a Lianna by haniebnie zaspała. To Julka uznała za stosowne litościwie ją obudzić o świcie.
- Jeżeli chcesz, to śpij - powiedziała. - Tylko nie waż się potem uznać, że to los podjął za ciebie decyzję.
Lianna zerwała się oczywiście natychmiast, przerażona i napotkała krytyczne spojrzenie siostry.
- Cicho bądź, obudzisz cały dom tymi trzaskami. Przepraszam, zapomniałam ci powiedzieć wczoraj, że wyjęłam baterie z budzika, bo potrzebowałam do latarki.
- Zwariowałaś?! Przecież są za małe! - zaszeptała z irytacją.
- Jak się dobrze ustawi i usztywni plasteliną, to od biedy starczają. Poza tym widziałaś gdzieś w sklepie baterie, w dodatku duże paluszki? To jacyś kretyni projektowali, nigdzie się nie dostanie takich...
W pośpiechu zjadły śniadanie (Julka początkowo zamierzała tylko potowarzyszyć siostrze, ale w pewnym momencie poczuła, że jest głodna jak wszyscy diabli i też rzuciła się na chleb z dżemem), po czym wyszły przed dom. Świat zasnuty był mgłą, ale widać było, że z czasem opary znikną i będzie piękna pogoda.
- Powodzenia - mruknęła Julka. - Zobaczymy się, jak już się zaczną wakacje. No chyba, że ciocia każe ci wracać do domu...
- Przestań! Na pewno tak nie będzie. Skoro już ruszam... Nie mogę wrócić. Po prostu nie mogę!
- Jasne, jasne. Tylko żartowałam. - Julka ziewnęła rozdzierająco. - Powodzenia życzę. I, tego, pozdrów ciocię i Wojtka. I walnij ode mnie Teo w bańkę.
- Nie zaczynaj każdego zdania od "i" - zwróciła jej uwagę Lianna. - Powiedz rodzicom... No i w ogóle. Idę.
- To idź wreszcie.

To dziwne, że wszystko wygląda tak normalnie, kiedy zaczyna się taką wyjątkową drogę. Drogę, która ma zmienić całe życie, a na razie prowadzi przez znajome uliczki małych, jasnych Cieplic... Lianna wiedziała, że prościej byłoby wsiąść w autobus - piętnastkę i dojechać do Jagniątkowa, ale chciała przejść całą tę trasę na piechotę. Była w tym pewna magia i rodzaj pożegnania.
- Julka powiedziałaby ci, że przecież nie odchodzisz na wieczność. Jeszcze nieraz tu wrócisz - zauważył Kacper.
- Możliwe. Ale to już nigdy nie będzie mój dom - odpowiedziała.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Gdybyś została, już zawsze byś tego żałowała.
- Wiem.
- Zobacz, jak jest pięknie! Patrząc przed siebie, widzisz tylko zarysy domów i drzew, wyłaniających się z mgły. A wystarczy podnieść głowę do góry, by ujrzeć niebo i obłoki, pomalowane słońcem na liliowo.
- Masz rację! Krzyż na Nowym Kościele lśni srebrem. Niedługo otoczą go promienie słońca i będzie wyglądał jak na tym obrazku, który dostałam od księdza, kiedy w zeszłym roku chodził po kolędzie. Dziękuję, że ze mną jesteś. Strasznie cię kocham, wiesz?
Kacper uśmiechnął się i uścisnął mocniej jej rękę.
- Ja ciebie też.

Zajęta rozmową z wyimaginowanym towarzyszem, Lianna szybko zapomniała o tęsknocie za domem i za Julką, która pewnie teraz próbowała jeszcze trochę przysnąć. Mogłaby tak iść przez całe życie, bez końca.

Maj był chyba ulubionym miesiącem Uli Madej. Wszystko wkoło kwitło - wiśnie, śliwy i jabłonie spływały w dół białym potokiem, który zaczynał się trochę powyżej jej domu i poszerzał się do rwącej, spienionej rzeki w centrum wioski, falował nieustająco pod silnymi uderzeniami wiatru. Płatki o różnych odcieniach bieli, poderwane w powietrze, wyglądały niczym bryzgi piany.
Kobieta wyszła właśnie przed dom, by poprosić Wojtka o pomoc w wyciśnięciu i rozwieszeniu na sznurach prania, kiedy naraz poczuła coś jakby uszczypnięcie w serdeczny palec. Wiedziała dobrze, co to znaczy - ktoś przekroczył zasłonę, ukrywającą Cichą Halę. Spojrzała w górę, gdzie droga znikała w ciemnym lesie, ciekawa, czy to stamtąd nadejdzie gość. Nie myliła się, na tle świerków zobaczyła smukłą sylwetkę młodej dziewczyny. Minęła chwila, zanim rozpoznała w niej swoją bratanicę.
- Co cię tu sprowadza, Lianno? - spytała z uśmiechem. Zapytana przez chwilę milczała, patrząc w ziemię, po czym zdecydowanym tonem zadała pytanie:
- Czy mogę tu zostać, ciociu? Zostać na zawsze?
Przez umysł Uli błyskawicznie przepłynęło tysiąc myśli, począwszy od "Wiedziałam!" a skończywszy na "Nie powinnam się zgadzać!". Wieloletnie doświadczenie Opiekunki kazało jej jednak zignorować własne odczucia. Najpierw zaprowadziła bratanicę do dużej, jasnej kuchni i usadziła za długim, drewnianym stołem, przy którym niejedno już słyszała. Sama usiadła po przeciwnej stronie.
- Dlaczego? - zapytała.
- Bo tutaj jest moje miejsce - odpowiedziała bez wahania Lianna. - Bo tam wszystko, co robię, jest bez sensu.
- Sami nadajemy sens naszym działaniom. Myślisz, że tu będzie inaczej?
- Na pewno! Jeżeli jest tak, jak ciocia mówi, to tylko tutaj potrafię znaleźć dla wszystkiego cel. Wiem co robię. Proszę.
- Rozmawiałaś o tym z rodzicami?
Lianna spuściła oczy i Ula poznała odpowiedź, jeszcze zanim ją usłyszała.
- Nie.
- Zasłużyli na większe zaufanie.
- Nie uwierzyliby, że wiem, co robię! Potraktowaliby mnie jak dziecko i kazali skończyć najpierw szkołę! - krzyknęła obronnie dziewczyna. - Musiałam to tak...
- Jesteś pewna? - Po krótkim pytaniu zapadła cisza, pełna niewypowiedzianych, walczących między sobą myśli.
- Może i nie. Tato pewnie by się zgodził... I przekonałby jakoś mamę. Ale ja bałam się ryzykować. Wydawało mi się, że tak będzie łatwiej - przyznała niechętnie.
- Szukasz zapamiętanego z dzieciństwa Raju, Lianno, prawie dwuletnich wakacji. Tymczasem dla dorosłych ludzi Cicha Hala jest miejscem ciężkiej, fizycznej pracy, od której nawet magia nie uwolni do końca. Jeżeli uciekłaś z miejsca, w którym miałaś tylko poświęcić codziennie trochę czasu na naukę, nie poradzisz tu sobie - stwierdziła surowo Ula. Na twarz Lianny wystąpiły ogniste rumieńce.
- Nie boję się fizycznej pracy! Uciekłam dlatego, że wśród tamtych ludzi się nie da wytrzymać. Sprawdź mnie, proszę. Naucz mnie robić wszystko to, czego będę tu potrzebowała. Jeżeli wtedy stwierdzisz, że się nie nadaję, to wrócę.
Ula przez chwilę wahała się pomiędzy poczuciem obowiązku a własnymi nadziejami.
- Dobrze - zdecydowała. I uśmiechnęła się, widząc jak przygaszone oczy bratanicy rozświetlają się radością.

Jeszcze tego samego dnia Liannie dane było znów przebyć drogę, którą odchodziła rano, tyle że tym razem siedziała na wozie, obok powożącej cioci Uli. Kiedy rodzice usłyszeli o wszystkim, pierwszymi słowami ojca było: Przecież wiesz, że mogłaś mi powiedzieć. Wiedziała i przepraszała go gorąco za ten brak zaufania. Matka była smutniejsza, choć widząc proszące spojrzenia męża i córki zgodziła się. Wiedziała przecież, że od teraz spotkania będzie wyznaczała córka, stanie się prawie całkowicie niezależna od niej. Oto Lianna zapragnęła stać się częścią społeczności, która dla niej była zamknięta. Mimo to i ona uważała, że dziewczyna mogła spokojnie porozmawiać z rodzicami, a nie zostawiać ich, zaskoczonych i zmartwionych tym nagłym porzuceniem, zastanawiających się, jaki błąd popełnili. Słuchanie tego było dla Lianny karą ciężką do wytrzymania - spodziewała się tego i miała cichą nadzieję, że ciocia nie będzie jej kazała tego znosić. Jednak kiedy już było po wszystkim, wielki ciężar spadł jej z serca i poczuła, że dopiero teraz będzie mogła w pełni cieszyć się z pobytu na Cichej Hali.
- Wiesz, ciociu? - zagadnęła, kiedy już wracały - Myślę, że to była wystarczająca nauczka. Już nigdy nie będę się chowała za cudzymi plecami.
Ula uśmiechnęła się w odpowiedzi.
- Jeszcze nieraz tak zrobisz.

Od następnego ranka zaczął się dla Lianny czas nauki.

Komentuj(12)


~Cisza...~





• godz: 12:30 data: 2008.09.27

Matura

Eblog nareszcie działa, a ja co? A ja się obijam... Upraszam o wyrozumiałość, bo czeka mnie matura i w tym roku nie będę miała zbyt dużo czasu... Przynajmniej do maja. Jak się uda, to będę coś dodawała, ale raczej nie za często...

Komentuj(8)


~Cisza...~





• godz: 21:43 data: 2008.07.16

Dwie siostry.

Był środek maja, rok tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty siódmy. Parne powietrze, stalowoszare niebo i dziwna cisza (choć przecież z pobliskiego skwerka dochodziły krzyki i śmiech bawiących się dzieci) zapowiadały czającą się gdzieś na horyzoncie burzę. Co jakiś czas gwałtowny podmuch wiatru podrywał do lotu śnieżnobiałe płatki rosnącej przy schodach wiśni. Dom, do którego prowadziły te schody, dosyć wysokie i strome, z szarego betonu, był podobnie szary. Brzydkie pudełko, typowe dla budownictwa tych czasów, którego jedyna zaleta to, to że można w nim mieszkać i nie słyszy się każdego słowa wypowiadanego przez sąsiadów. Szkaradę tą jednak ze wszechstron otaczało piękno. Ogród nie przypominał wymuskanego cacuszka, w którym każdy krzaczek, każde źdźbło trawy rośnie pod sznurek, zaplanowane z góry przez uważnego ogrodnika. Nie był też jednak całkowicie opuszczony czy zaniedbany. Przedstawiał sobą raczej „artystyczny bezład”. Gdzieś tam dało się odgadnąć zamysł twórcy, jednak w trakcie wykonania doszły nowe pomysły, a do wykorzystania starych zabrakło energii. Drzewa owocowe, róże, rododendrony, azalie i tulipany porozsiewane były dosłownie wszędzie, poutykane wśród trawy, której o tej porze roku nikt nie kosił, żeby nie uszkodzić niskich kwiatów cebulkowych. Obfitość barw i odmian zdradzała, że ktoś wkładał mnóstwo energii w zdobywanie często niedostępnych w Polsce nasion i sadzonek. Potem jednak wymykały się one spod jego kontroli i rozrastały swobodnie, tworząc fantastyczny, tajemniczy gąszcz.
Piętnastoletnie Lianna i Julia Madej siedziały u szczytu szarych schodów i rozmawiały cicho. Na pierwszy rzut oka były bliźniaczo podobne - takie same, długie do pasa, jasnobrązowe warkocze, śniade, owalne twarze o prostych nosach i zdecydowanych, długich liniach czarnych brwi. Jednak teraz, kiedy były starsze, widoczne stawały się wyraźne różnice między ich charakterami. Julka w zasadzie niewiele się zmieniła, wesoła, odważna i skora do dowcipów jak wtedy, gdy przez prawie dwa lata mieszkały u cioci Uli, na Cichej Hali.
- A pamiętasz - mówiła teraz - święto Pierwszego Śniegu, to drugie, na którym prawie się pobiliśmy z Kainem? Upierał się, że same wymyśliłyśmy tę historię o Nessie...
- Pewnie, że pamiętam! Ostatecznie wtrącił się Teo i to oni się potłukli. Myślałam, że umrę ze śmiechu, jak wywróciła się ta miska z zupą cebulową - uśmiechnęła się lekko Lianna. Ona jakby spoważniała, szaroniebieskie oczy miały wyraz zadumy, mówiła ciszej niż bliźniaczka, ale każde słowo było wyważone i przemyślane.
- Tak! Po czym bohaterski Teo natychmiast się teleportował, zostawiając Kaina na pastwę pozostałych mieszkańców! - zawołała Julka i tym razem obie się głośno roześmiały.
- Ciocia się wtedy odrobinkę na nich zdenerwowała...
- Nic dziwnego! Żeby wychowanek Opiekunki wszczynał bójkę w czasie uroczystości, na oczach wszystkich mieszkańców...
- Ciocia chyba najbardziej się wstydziła przed tymi młodymi Elfami, którzy przyszli.
- A oni się świetnie bawili. Przecież po to wtedy przyszli, żeby się trochę rozerwać. Nie obchodzą ich ludzkie święta, ale lubią się nam przyglądać...
Przez chwilę milczały obie, po czym Julka znowu coś sobie przypomniała.
- Pomyśleć, że prawie pół roku nie wiedziałyśmy, że ciocia jest Opiekunką. Dopiero jak spadł pierwszy śnieg i Teo zaczął nam opowiadać o święcie, to się zorientowałyśmy. Ale nas potem wyśmiał!
- Nic dziwnego. Ale my chyba dlatego nie wiedziałyśmy, że ciocia tak wolała. Wiesz, może myślała, że zaczniemy uważać się za lepsze od innych z tego powodu.
- Nie zaczęłyśmy.
- Ano nie. Pewnie dzięki temu, że tato nie znosi takich, co się wywyższają, bo mają gdzieś-kogoś-na-stanowisku.
- Tato jest bardzo przystojny, no nie? I wcale mu nie przeszkadzają te szare włosy. Dziwne, osiwiał w tym więzieniu, ale z charakteru wcale się nie zmienił, dalej jest jak mały chłopiec! - roześmiała się Julka. Siostra jej zawtórowała, ale po chwili spoważniała.
- To nieprawda. Tato się bardzo zmienił, tylko nie chce nam tego pokazywać. Dlatego stara się być taki, jak zawsze. Kiedy jest sam, robi się smutny. Może dlatego, że już nie może się kontaktować z kolegami z opozycji.
- Właśnie, czemu nie może? Przecież ich nie zdradził! Tak się dla nich poświęcił... - w głosie Julki pojawił się żal, jednak Lianna pokręciła głową.
- On chyba wiedział, że tak się stanie i pogodził się z tym. To nie chodzi o zdradę, tylko o to, że mogliby go śledzić i jakoś to wykorzystać...
Przez chwilę obie siedziały w milczeniu.
- To dlatego, że on chce być z nami i z mamą - stwierdziła następnie Julka. - On niczego się nie boi i gdyby był sam, poradziłby sobie z nimi. Ale martwi się, że przez jego działalność nas mogłoby spotkać coś złego. Szkoda, że mama nie może wejść na Cichą Halę. Nie rozumiem, dlaczego.
- Tego nie rozumie nawet ciocia Ula. Pamiętasz, co powiedziała, jak zapytałyśmy? Że magiczne bariery o wielkiej mocy, pozostawione same sobie, z czasem zaczynają działać niekoniecznie tak, jak tego chcieli twórcy, chociaż nigdy nie działają przeciwko temu, co mają chronić. Ta bariera jest na pewno niesamowicie potężna, skoro tylu czarodziejów i Elfów umarło przy jej tworzeniu
- Ta... - Julka westchnęła i dodała z irytacją:
- Denerwuje mnie to. Mama na pewno zasłużyła na to, żeby móc tam wejść.
- Wtedy tato nie musiałby porzucać dla niej doliny i wychowywałybyśmy się na Cichej Hali... - rozmarzyła się Lianna.
- No właśnie. Albo nawet mieszkalibyśmy tutaj, ale w razie zagrożenia przeniosłybyśmy się tam i nie przeszkadzałybyśmy tacie.
- Myślę, że mama i tak nie zgodziłaby się odejść.
- Tym razem to ty się mylisz. Przecież go kocha, więc w końcu by się zgodziła. To by było jej poświęcenie - stwierdziła zdecydowanie Julka. Po czym dodała zaraz:
- Wyobrażasz sobie, co by to była za awantura?
Przez chwilę siedziały w milczeniu, wsłuchując się we wrzaski bawiących się dzieci. Lianna myślała o tym, że sama jeszcze nie tak dawno należała do ich grona. Dzieci wszędzie są takie same i w normalnym świecie, bez czarów, także przeżywają magiczne przygody. Jednak pewne rzeczy były inne, pewne przeszkody nie do przejścia. Dziewczynki dopiero co przeczytały „Tomka w krainie kangurów” i oto Lianna niemal czuła obecność niewidzialnej czarodziejki, unoszącej się nad miastem i delikatnymi nićmi związującej dusze ludzi, zaplątującej je w kokony strachu i niesprawiedliwości. Na przykład pracowity, nieludzko wręcz pilny uczeń nie otrzymał promocji do następnej klasy tylko dlatego, że jego nazwisko kończyło się na „ski”, a rodzice próbowali być ludźmi wolnymi. No dobrze, było w tym też trochę ich winy, musiała to przyznać. Rodzice Krzysia Hermopolitańskiego byli dość dziwnymi ludźmi. Jego ojciec, chociażby, nosił przy pasku spodni najprawdziwszą szablę, żeby zaznaczyć swą przynależność do szlacheckiego rodu, aż w końcu spędził dobę w areszcie, groźne zaś narzędzie skonfiskowała milicja. Oboje państwo Hermopolitańscy należeli do tajnej opozycji i byli prawdziwym utrapieniem dla współpracowników, którzy ciągle bali się, że w zapale służenia ojczyźnie któreś zechce dokładnie opisać działanie podziemnych struktur milicji. Nie ze złej woli, bynajmniej, a jedynie po to, by ukazać władzom ich marność.
Uśmiechnęła się mimo woli na tę myśl.
- Pamiętasz szablę Hermopolitańskiego? - spytała.
- Jasne! Albo tekst jego żony, że nie podpisze uwagi w dzienniczku Krzyśka, bo szlachcianka podpisuje tylko to, z czym się zgadza - roześmiała się Julka.
- Biedny chłopak...
- Oj tak, jeszcze nie raz będzie miał kłopoty przez tych rodziców.
- Pomyśleć, że on sam jest zupełnie normalny.
- Nie jest - stwierdziła stanowczo Julka. - On też jest dziwny, tylko że w drugą stronę. Przecież normalny człowiek nie jest w stanie tyle wkuwać!
- Nie wiem. Pomyśl o Charlesie...
- To zupełnie co innego. On nie wkuwa, on zdobywa interesującą go wiedzę. A że dużo rzeczy go interesuje, to już inna sprawa. Widziałaś kiedyś u Krzyśka taki natchniony wyraz twarzy, jak u Charlesa? No właśnie. Dla niego to jest męka, stara się po prostu nadrobić to, co traci przez genialne pomysły rodziców.
- Syzyfowa praca... - przyznała Lianna. - Swoją drogą, szkoda, że uparli się wracać do Stanów.
- Xavierowie?
- No przecież nie Krzysiek!
- Tak, wszystko przez tę genetyczną manię Charlesa. I jeszcze same go zachęciłyśmy, tym opowiadaniem o Nessie!
- Z drugiej strony, trudno się dziwić, że chce wiedzieć, kim właściwie jest. Ciekawe, jak mu tam idzie...
- A Lily chodzi z Jamesem. - Zmieniła temat Julka.
- To mnie najbardziej dziwi, przecież oni zawsze się kłócili. W ogóle, James nie jest specjalnie miły. Jeszcze rozumiem, gdyby to był Remus Lupin...
- Albo Peter Pettigrew. Gdyby była z nim, to można by to wytłumaczyć jej dobrym sercem. Ale podobno James też się bardzo zmienił. Zresztą, przecież oboje mają już po siedemnaście lat i są pełnoletni! Gdyby dalej robił takie rzeczy jak wtedy, trafiłby do Azkabanu.
- Pomyśleć, że w przyszłym roku kończą szkołę. A my co?
- My, my... Ja, a nie my, wredna małpo - oburzyła się Julka. - Teraz będziesz musiała się przyzwyczaić, że nie My coś robimy, tylko Ty. Chyba, że zamierzasz o sobie mówić w pluralis maiestatis*.
- Ciężko będzie... Zawsze myślałam, że Lily będzie z Severusem. - Tym razem to Lianna zmieniła temat. - Przecież tak się przyjaźnili... Żal mi go.
- Nie powinien był jej przezywać. Jeżeli ona ma rację, że zdradził się ze swoimi przekonaniami, to dobrze, że wtedy go zostawiła - stwierdziła Julka surowo.
- A co, jeżeli nie miała racji? Jeżeli mu się tylko tak wymknęło, pierwsze obraźliwe słowo, na jakie trafił w myślach? Przecież w takiej sytuacji każdemu by puściły nerwy. - Lianna wolała wierzyć, że wszyscy są dobrzy, popełniają tylko czasem błędy. - Przyjaźnili się przez pięć lat, a potem on raz ją przezwał i całkiem przestała się do niego odzywać. Myślę, że nie zasłużył na to.
- Z drugiej strony, nie wiemy, jaki on teraz jest, tak naprawdę. Znamy go prawie tylko z listów od Lily. Skoro James Potter mógł się zmienić tak, że Lily się w nim zakochała, to i Severus może być inny niż wtedy.
- Chyba - wpadła na pomysł Lianna - że ona chodzi z Potterem tylko po to, żeby zrobić na złość Severusowi.
- Lily taka nie jest. Poza tym... Możesz go bronić ile chcesz, ale my nie tylko z listów go znamy. Przecież już jak tam byłyśmy, to też nazywał nas mugolkami i chyba tylko dlatego się z nami przyjaźnił, że Lily tego chciała. No i pamiętaj, że jak zaprosiłyśmy ich na wakacje, to bariera go nie wpuściła. Lily mogła wejść, a on nie.
- Sama wiesz, że to nie jest żaden dowód! Mama też nie może wejść, a przecież jest najlepszym człowiekiem na świecie.
To faktycznie nie był żaden dowód, Julka dobrze o tym wiedziała. Mimo to nie była przekonana. Znów zamilkły, jednak nie na długo.
- Musisz iść?
- Muszę. - Lianna poważnie skinęła głową. - Jeżeli nie pójdę teraz, już nigdy nie zdobędę się na decyzję.
- Ach, jakie to romantyczne. Ładnie ubierasz tę swoją... ucieczkę.
- Masz rację - mruknęła Lianna gdzieś zza rąk, w których ukryła twarz. - Tak naprawdę, to jest zwykłe tchórzostwo. Tam... wszystko jest mniej skomplikowane, tam się po prostu żyje. Jeżeli chcesz coś zjeść, musisz to wyhodować.
- Phi! Tak samo jest tutaj. Tyle, że masz więcej możliwości wyboru. Wiesz, co mnie złości? Otóż za kilka lat przypuszczalnie pojawią się w rodzinie głosy, że ty, mając piętnaście lat, wiedziałaś już, co chcesz robić. Natomiast ja będę uchodziła za tę słabszą, mniej zdecydowaną siostrę.
- To nie będzie prawda. Trudniejsze jest dokonywanie wyboru, kiedy się ma więcej możliwości. Dlatego chcę iść teraz, szybko, dopóki jeszcze jestem pewna.
- Potem możesz żałować. Zresztą, ciocia Ula na pewno powie ci to samo - że zawsze możesz wrócić. W ogóle, uważam, że powinnaś powiedzieć o tym rodzicom. Zasługują na to.
- Oczywiście, że zasługują! Ale powiedzą zaraz, że jestem jeszcze za młoda, żeby podejmować takie ważne decyzje. Że powinnam skończyć najpierw szkołę, potem pójść na studia, spróbować znaleźć pracę... Żeby mi pozwolili, musiałabym okazać się tutaj potwornym nieudacznikiem. No i szkoda mi czasu. Wciąż mi się wydaje, że jeśli się nie pospieszę, coś ważnego może mi uciec.
-Będą się strasznie martwić.
- Nie będą, przecież ty im o wszystkim powiesz, jeszcze zanim zaczną pytać.
- Do końca życia będę ci wdzięczna za obdarzenie mnie tym jakże miłym obowiązkiem. Czasem mam ochotę życzyć, żeby ciocia kazała ci wracać do domu. Też wątpię, czy to dobry pomysł, tak spadać jej na głowę znienacka.
- Wiem... Ale gdybym ją uprzedziła, powiedziałaby o wszystkim tacie. Jestem pewna.
- Rób sobie, jak chcesz. Gdybym teraz się wygadała, o następnym takim szalonym pomyśle pewnie wcale byś mi nie powiedziała, co?
- Jasne!
- A mówią, że z nas dwóch to ty jesteś ta normalniejsza...
- Będzie mi cię strasznie brakowało. Jesteś drugą połową mojej duszy, wiesz? Będę niczym ptak z przetrąconym skrzydłem...
- Nie dramatyzuj, bo ci coś naprawdę przetrącę - osadziła ją zimno siostra - Ostatecznie Cicha Hala znajduje się sześć godzin stąd, jeśli iść na piechotę. Pewnie spotkamy się najdalej w czasie wakacji. Nie wyjeżdżasz na wieczność.
Mocniejszy podmuch wiatru smagnął smukłe konary wiśni, wzbił w powietrze chmurę białych płatków, które zaplątały się we włosy dziewczyn, przesłoniły widok. Julka poczuła, że atmosfera wieczoru zbyt ją przygniata.
- Pamiętasz prezent od Syriusza? - spytała. Lianna zaśmiała się i ciśnienie nieco opadło.
- Pewnie, że pamiętam! Otwórz dopiero, jak będziesz na Cichej Hali...
Zapomniała wtedy o paczuszce na ładne kilka tygodni, aż w końcu znalazł ją Teo. Oczywiście, z typową dla siebie delikatnością, otworzył ją nie pytając właścicielki o zgodę. Potworny ryk "You are sweet baby!" sprawił, że stary dom Opiekunki zadrżał w posadach, a wszyscy obecni w pokoju, to znaczy Kain i Charles, Lianna i Julka oraz bliźnięta Tyszkiewiczowie o mały włos nie umarli ze śmiechu, na widok pulchnego Teo wciśniętego w nieco zbyt małą, różową sukieneczkę z falbankami.
- Może jeśli Lily będzie z Potterem, to będziemy się mogły częściej spotykać z pozostałymi Huncwotami - rozmarzyła się Lianna, a siostra zawtórowała jej ochoczo.
- Mam nadzieję, że wciąż jeszcze miewają takie fajne pomysły! Jest jeszcze dużo rzeczy, których Teo powinien się nauczyć.
- Nie czytać cudzych listów, nie aportować się w cudzym pokoju, nie zjadać bez pytania cudzego śniadania...




Wiele setek kilometrów od Cieplic, w Tokio, kobieta o włosach w kolorze akacjowego miodu i zielonych oczach wypłynęła z miękkiej, perłoworóżowej pustki i stanęła na ścieżce przed pawilonem w stylu wschodnim - elegancki, tradycyjny pałacyk wyglądał nieco dziwnie, wtulony między dwa potężne biurowce. Niebo przesłaniały szare chmury, w powietrzu wyczuwało się nadchodzącą burzę. 
- Witaj, Yuuko - zwróciła się do wysokiej, czarnowłosej i bladolicej piękności, której wieku na pierwszy rzut oka nie można było określić. Yuuko patrzyła na nią bez zdziwienia.
- Nawet dla Elfów przeniesienie kogoś na tak dużą odległość to nie lada wysiłek. Jakie to życzenie sprowadza cię do mnie? Bo wiesz już chyba, że w tym sklepie spełnia się ludzkie życzenia...
- ...Za równowartą zapłatę. Wiem. Przybyłam tu, ponieważ usłyszałam od kogoś, kto nigdy dotąd się nie pomylił, że bliską mi osobę spotka coś, na co nie zasłużyła.
- Konkretniej?
- Ten, któremu jest przeznaczona, odejdzie nie z własnej woli na wiele lat, po czym wróci na krótko, by wreszcie opuścić na zawsze ten świat, zabierając jej radość. Powiedz mi, Yuuko, Wiedźmo Wymiarów, dysponująca mocą potężniejszą niż Elfowie, czy można zmienić ten los?
- Czy to jest twoje życzenie?
- Tak. Chcę, żeby była szczęśliwa, razem z tym człowiekiem.
- Nie jesteś w stanie zapłacić za całkowitą odmianę losu. Pożegnania zostaną, ale mogę sprawić, że ile rozstań, tyle będzie i powrotów. Jednak cena za to też będzie niezmiernie wysoka.
- Jaka?
- Połowa twojego życia. Oni tego nie pragną, bo nie znają przyszłości, więc to jest tylko twoje życzenie. Chcesz przedłużyć czyjeś życie, a za to najlepszą zapłatą będzie twoje własne. Czy jesteś pewna, że tego chcesz?
- Tak.
- Pomimo że nie wiesz, ile lat ci jeszcze zostało?
- Tak. Wiem, że tak będzie lepiej. Dużo różnych dróg splotło się już dzięki tej osobie.
- Mylisz się, oni spotkali się dzięki tobie.
- Jednak to nie ja ich łączę, to nie do mnie piszą listy. Poza tym... Kiedy ktoś bardziej myśli o sobie, niż o następnym pokoleniu, kiedy gromadzi skarby dla siebie, zabija własną przyszłość. Całe narody tak wymierały. Więc, w pewnym sensie... Robię to dla siebie. Już podjęłam decyzję.
- Więc stanie się, jak sobie życzysz.
- Dziękuję. A czy możesz sprawić, żeby była szczęśliwa?...
- Nie masz już czym mi za to zapłacić. Poza tym, nie ma potrzeby dawać jej tego. Wstąpisz na herbatę? - spytała Yuuko. - Maru i Moro zaraz nam przygotują.
- Chętnie. A jaka będzie jej cena...?

Wiedźma Wymiarów uśmiechnęła się lekko.
- Ceną będzie twój czas, poświęcony na dotrzymanie mi towarzystwa.



*pluralis maiestatis (łac.) liczba mnoga używana dla zaznaczenia czyjejś pozycji, np. WASZA Wysokość


Komentuj(9)


~Cisza...~





• godz: 13:12 data: 2008.05.6

Anglia. Powrót.

Tym razem myśli były czyste i wyraźne, Julka się ewidentnie starała. "Chodźmy na kolację, robię się głodna. Skończysz zadanie potem..." - odczytywał Charles, czując przepełniającą go radość z tego, że wreszcie mu się udało.
- Julka proponuje, żebyśmy poszli na kolację. Skończysz zadanie potem - powiedział na głos.
- Zastanawiam się, czy ty naprawdę czytasz jej w myślach, czy boisz się, że jak sam to powiesz, to się zezłoszczę.
- Mówię prawdę!
- Dobrze, dobrze, tylko żartuję. Też chętnie coś zjem, poza tym Huncwoci wrzucili dzisiaj Marka Peags'a do jeziora i tak się tym podniecają, że nie można myśleć. Idziesz z nami, Remus?
- Tak.
Zeszli do Wielkiej Sali, gdzie jak zwykle było gwarno i wesoło. Do Lupina podeszła pani Pomfrey.
- Pamiętaj, chłopcze, żebyś przyszedł do mnie dzisiaj wieczorem.
- Och... Tak, proszę pani - odpowiedział Remus i posmutniał.
- Co się stało? - spytała Lily.
- Nie, nic... Ostatnio trochę źle się czułem, możliwe, że nie będzie mnie przez kilka dni w szkole.
- Nie mówiłeś, że coś ci dolega! Trzeba było...
- Co jest, Lupin, czyżbyś znowu chorował? Jak co miesiąc? - Severus podszedł do nich niepostrzeżenie i teraz mierzył Remusa badawczym, nieprzychylnym spojrzeniem.
- Nie wiem, co ci chodzi po głowie, ale nie wybieram czasu, kiedy choruję.
- To pewne, że nie wybierasz...
- Sev, wystarczy. - Lily w końcu się zniecierpliwiła. Snape natychmiast zamilkł, chyba w samą porę, bo w ich stronę ruszyli profesor Dumbledore i ciocia Ula, przy czym ten pierwszy uśmiechał się szeroko.
- Widzę, że współpraca między naszymi gośćmi i opiekunami z Gryffindoru i Slytherinu układa się zaskakująco wręcz dobrze. Cieszy mnie to bardzo. Mam dla was jednak smutną nowinę - nasi zagraniczni goście jutro wracają do domu.
Julka i Lianna spojrzały po sobie, zaskoczone, podobnie Charles i Kain. Lily i Remus wyglądali na zmartwionych, tylko Severus stał z niewzruszonym wyrazem twarzy. Charlesowi przypomniało się to, co wyczytał z jego myśli kilka dni temu. Pewnie Snape cieszył się, że wreszcie pozbędzie się intruzów...
Po kolacji trójka Hogwartczyków zastanawiała się, co ciekawego można by zrobić w ten ostatni wspólny wieczór.
- Wiecie co? Przez cały czas korzystaliśmy ze złej sławy pani Selene, może na pożegnanie poprosimy ją o przepowiedzenie przyszłości? - zaproponował Charles. Lily, Severus i Remus nie mieli zbyt zachwyconych min, ale bliźniaczki i Kain zapalili się do projektu, a że miał to być ich wieczór, wybrali się wszyscy do Wieży Północnej. Selene nie była szczególnie zadowolona z ich odwiedzin, jej jasne oczy zwęziły się gniewnie.
- Przyjmijcie do wiadomości, że nie bawię się w horoskopy dla dzieciaków - warknęła. - Poza tym i tak nic nie zrozumiecie z moich słów. Ale proszę bardzo. - Zwróciła się do Charlesa - Ty będziesz miał mnóstwo dzieciaków, które nie będą twoje. Ty, mały, prześpisz większość życia. Ty - spojrzała na Julkę - zaśpiewasz mu kołysankę. Twoja siostra będzie potrzebowała dużo cierpliwości i wierności. Ty, ruda, pokonasz kogoś, sama o tym nie wiedząc. Tobie, Ślizgonie, się nie uda, poza tym uważaj na węże. A tobie, Lupin, nie będę nic mówiła. I wynoście się stąd.

Była to niewątpliwie jedna z najkrótszych wróżb, jakie ktokolwiek słyszał. Jeżeli Selene liczyła, że dostarczy im dzięki temu rozrywki i pozbędzie się na dłuższy czas, miała rację. Co prawda, zapomniała, że ich baza znajduje się pod jej pokojem i przez resztę wieczoru musiała wysłuchiwać przez dźwiękoprzepuszczalny strop rozmaitych interpretacji swoich słów. Nawet ją to bawiło, bo wszyscy byli tak niezmiernie daleko od prawdy...
Piękna Selene, która tyle wiedziałaś, czy poznałaś także własną przyszłość? Czy wiedziałaś, jak niewiele życia ci pozostało? Czy zobaczyłaś w swych snach, że twój dar, twoja duma i odwaga staną się przyczyną twego upadku? Za cztery lata ludzie, którym dziś przepowiadałaś los, ukończą szkołę. Dwa lata później dyrektor będzie musiał znaleźć kogoś nowego na miejsce nauczyciela wróżbiarstwa. Piękna Selene, czy nie uważasz, że żal umierać w wieku dwudziestu dziewięciu lat? Może to jest przyczyną twego złego humoru dziś?

Najbardziej rozbawiła ich przepowiednia, dotycząca Kaina.
- Proszę, proszę, niby taki pełen energii, ale okazuje się, że niezły z ciebie śpioch! - śmiała się Lily.
- Powiedz, czy przysypiasz, kiedy nikt nie patrzy? A może teraz też masz ochotę się przespać? Pozwól, że cię przytulę... - Snape już zamierzał wprowadzić swoje słowa w życie, kiedy powstrzymał go Remus.
- To Julka powinna go usypiać, w przepowiedni nie było o tobie słowa!
- Ciekawe, czemu tobie nic nie chciała powiedzieć, Lupin. Może uważa, że w twojej przyszłości nie ma nic interesującego?
- Jeżeli interesujące mają być węże, niepowodzenia i cudze dzieci, to pięknie dziękuję - odpowiedział spokojnie Remus. Jednak, prawdę mówiąc, on też zastanawiał się nad powodami, dla których jako jedyny nie otrzymał przepowiedni, choćby tak dziwacznej, jak pozostali. Nie podobało mu się to.
- Tak, a ty, Charles, zostaniesz rogaczem! Ciekawe, czyje to będą dzieci... - żartowała dalej Lily.
- Ty zaś... Jak to było? Pokonasz kogoś, sama o tym nie wiedząc? Może zamiast soku dyniowego nalejesz komuś trucizny do szklanki... Przez przypadek, rzecz jasna.
- Ja myślę, że Lily już udało się to zrobić - uśmiechnął się zagadkowo Remus. Dziewczyna prychnęła z irytacją.
- Jeżeli masz na myśli swojego kumpla, to nie ma szans. Koło jego ego nie zmieściłaby się nawet mrówka, a ja zajmuję znacznie więcej miejsca!
Severus parsknął cicho, spoglądając na nią z uznaniem.
- Wiesz, co on ostatnio zrobił? Na pewno wiesz. Mały Jack Spencer, ten z pierwszej klasy, wylądował w skrzydle szpitalnym, cały pokryty jakimiś wstrętnymi, czarnymi bąblami! Tylko dlatego, że potrącił Pottera i zamiast przeprosić, pokazał mu język - kontynuowała z oburzeniem Lily.
- No cóż, może jest trochę zbyt gwałtowny... - Remus próbował usprawiedliwić przyjaciela.
- Gwałtowny?! Już wolałabym Petera Pettigrew. On przynajmniej nie sieje takiego zniszczenia.

Piętro wyżej Selene uśmiechnęła się do swego odbicia z satysfakcją, słysząc nieznaczną nutkę lęku w głosie młodego Lupina. Pewnie zastanawiał się teraz, czy pominęła go z powodu jego wilkołactwa (oczywiście, że wiedziała)? A może... Może zobaczyła w jego przyszłości coś strasznego? Selene wiedziała, że to okrutna zabawa, ale nie mogła sobie darować. Chciała, żeby tak myślał. W rzeczywistości nie uważała, żeby jego los był o wiele gorszy od pozostałych - ot, ludzkie życie, ze wszystkimi ludzkimi problemami, kończące się tak, jak kończy się każde życie. Z czystej złośliwości odmówiła mu przepowiedni i zasiała ziarno lęku. Piękna Selene, potrafisz wypuszczać zatrute strzałki, które wbijają się głęboko w serce...

- Syriuszu? Co ty tu robisz? - spytała zaskoczona Lianna. Znów wymknęła się bez niczyjej wiedzy z zamku, bo przez okno zobaczyła ognistopomarańczową kulę słońca, zalewającą zamkowe błonia ciepłym, delikatnym światłem i odbijającą się w ciemnych toniach jeziora. Nie mogła się powstrzymać, choć wiedziała, że jeżeli Lily zauważy jej zniknięcie, znowu się zdenerwuje. Energiczna, wesoła Lianna w głębi duszy była romantyczką, często spragnioną samotności, w której mogłaby przeżywać wymyślane przez siebie opowieści, albo tak po prostu wpatrywać się w coś, co się jej szczególnie podobało. Teraz siedziała pod starą wierzbą, moczącą poskręcane, czarne korzenie w wodzie i całą sobą chłonęła zachód słońca, wyjątkowo piękny i pogodny, jak na listopad. Drgnęła zaskoczona, kiedy obok niej usiadł Black.
- Co ty tu robisz?
- Widziałem, jak wychodziłaś z zamku. Evans o tym wie?
- Lily? Nie.
Jęknął z rozpaczą, widowiskowo przewracając oczyma.
- Znów będzie wszystko na mnie. Powie, że wyprowadzam cię z zamku, żeby dokuczyć jej i Remusowi...
- Obronię cię - roześmiała się dziewczynka. Spojrzał na nią zza zasłony ciemnych włosów, opadających nonszalancko na twarz.
- Lubisz samotne wyprawy - stwierdził. - Myślałem, że po tym spotkaniu z Malfoyem będziesz się bała.
- E tam, przecież nic się w końcu nie stało - odpowiedziała z dziecinną beztroską.
- No wiesz, ja też mógłbym ci zrobić jakiś kawał. Jestem Huncwotem, to nasza specjalnośc! - dodał, z nutą chełpliwości w głosie.
- Wiem, Lily mi opowiadała o was. Ale ty nic mi nie zrobisz.
- Tak myślisz?
- Tak. Bo wtedy Remus Lupin by się strasznie zmartwił, a ty jesteś jego przyjacielem i nie chcesz mu sprawić przykrości!
Black roześmiał się.
- Sprytna jesteś! Niech ci będzie.
- Dlaczego on jest zawsze taki blady?
- Luniaczek? Tego nie mogę ci powiedzieć - odrzekł, dając do zrozumienia, że wie, ale nie chce tego zdradzić.
- Czemu?
- Bo jestem jego przyjacielem, jak sama zauważyłaś. Nie byłby zadowolony, gdybym komuś to powiedział.
- Ale ja nikomu innemu nie powiem, naprawdę! Proszę...
- Nie. Och, zapomniałbym! Chciałem ci coś dać. - To mówiąc, wyjął z kieszeni małą paczuszkę, owiniętą w zwykły, szary papier do pakowania.
- Proszę.
- Dziękuję! Co to jest?
- Ci... Niespodzianka. I proszę, otwórz to dopiero, jak będziesz w domu.
- Dlaczego?
- Żeby Remus się nie denerwował...
Słońce chowało się już za krawędzię otaczających zamek gór i zaczęło się robić zimno, więc wstali i udali się w stronę budynku. Szczęśliwie Lilybyła tak zajęta nadrabianiem zaległości, że nie zauważyła nieobecności podopiecznej. Tylko Remus Lupin rzucił przyjacielowi zaniepokojone spojrzenie znad Standardowej księgi zaklęć (3 stopień).
- Ej, nie próbuj znowu mnie winić - syknął Syriusz. W tej chwili podbiegł do nich pucołowaty, zabawny Peter i stanął za fotelem Remusa, zaglądając mu przez ramię.
- Rany, zapomniałem... Pomożecie mi potem z Zaklęciami? - jęknął, zobaczywszy, co czyta przyjaciel. Spojrzał na lekko naburmuszonego Syriusza i stojącą obok niego Liannę, po czym zatarł nerwowo dłonie.
- Wciąż się kłócicie? W-wyluzuj Luniaczku, p-przecież ona musi mieć trochę p-prywatności, a skoro Łapa s-sprowadza ją potem całą i z-zdrową... - chłopiec jąkał się nieco, jakby spór kolegów był dla niego czymś przerażającym. Zmienił temat i wróciła mu pewność siebie.
- Chodźcie zobaczyć, co wymyślił James! To będzie niesamowite! No chodźcie... - Peter wyrwał Remusowi książkę i błyskawicznie zniknął w tłumie pierwszoroczniaków, stojących przed tablicą ogłoszeń. Był tak niski, że niektórzy jedenastolatkowie go przerastali.
- Ależ Peter jest dziś pełen energii... chodźmy zobaczyć, co ten James wymyślił, bo inaczej jeszcze ktoś go pobije. Robi dziwne rzeczy, jak go ogarnie taki entuzjazm. ,br> Lupin nie odpowiedział, westchnął ciężko i skierował się w stronę dormitoriów chłopców, gdzie chwilę wcześniej mignęły jasne włosy przyjaciela.
- Pamiętaj, dopiero w Polsce - przypomniał Liannie Black i poszedł w jego ślady.

Ciocia Ula starała się zachować spokój, ale dało się zauważyć, że jest trochę zdenerwowana. Był blady świt, stali w owalnym gabinecie profesora Dumbledore'a, wszyscy obładowani plecakami i torbami, z wyjątkiem Remusa Lupina, Severusa Snape'a i Lily Evans, którzy przyszli się pożegnać.
- Do zobaczenia! Mam nadzieję, że niedługo jeszcze tu przyjedziecie - mówiła Lily, ściskając wszystkich kolejno, ze łzami w oczach. Remus i Severus byli bardziej powściągliwi, ograniczyli się do uścisków dłoni.
- Do zobaczenia - powiedział Ślizgon, patrząc Charlesowi w oczy i ten zrozumiał, że chłopak mówi szczerze. Że, mimo wszystko, polubił ich. Uśmiechnął się i nieznaczny, jakby nieśmiały uśmiech rozjaśnił na chwilę twarz Severusa.
- Będę się uczył oklumencji, czyli zamykania umysłu przed takimi jak ty - szepnął. - Kiedyś się znowu spotkamy i zobaczymy, kto z nas będzie silniejszy.
- Poćwiczę - obiecał Charles.
- Posłuchajcie - zaczęła ciocia Ula. - Miejsce, do którego zaraz się udamy, jest chronione magiczną barierą i może się okazać, że któryś z was nie będzie mógł się przez nią przedostać. W razie, gdybyście znaleźli się gdzieś sami, w nieznanym wam miejscu, w żadnym wypadku się stamtąd nie ruszajcie. Ja będę o tym wiedziała i szybko was znajdę. Zrozumieliście?
A teraz stańcie blisko mnie.
Zrobili tak, jak poleciła. Julka usłyszała jej szept, wypowiadający jakieś brzmiące po elficku słowo. Przez chwilę zastanawiała się, w jaki sposób wrócą. Nic się nie działo i już zaczęła się niecierpliwić, kiedy to zauważyła. Pokój wypełniała powoli perłoworóżowa mgła, w której zacierały się sylwetki Lily, Severusa i Remusa. A może to oni byli wciągani we mgłę?... Bliźniaczki najdłużej widziały jasne, błękitne oczy profesora Dumbledore'a, które zdawały się przebijać przez czar. A potem znikły i one.


Kiedy mgła zrzedła (rozpłynęła się? zniknęła? wypluła ich z siebie?) stali w pałacu elfów, a przyjaciel cioci Uli uśmiechał się i lekko dyszał, jakby właśnie udało mu się zrobić coś bardzo trudnego. Bliźniaczki spojrzały w niesamowity, głęboki błękit jego oczu i stwierdziły, że jednak jest zupełnie inny niż kolor oczu dyrektora Hogwartu. Charles i Kain znajdowali się obok nich, trzymali się za ręce i rozglądali ze zdziwieniem. Udało się, obaj przeszli pomyślnie przez barierę. Ciocia Ula odetchnęła głęboko, z ulgą.
- Bardzo ci dziękuję, Einarze. No, moi mili, idziemy do domu. Wojtek już się na pewno nie może doczekać!

Komentuj(7)


~Cisza...~







Lay by Undomiel from Szablony Undomiel